wtorek, 1 kwietnia 2014

Blondynka na starcie :)

Wiem, że czekacie na wieści o Mai, Jej śmieszne przygody i rozmowy, ale dziś jeszcze o mnie(mam nadzieję, że będzie równie zabawnie o ile lubicie kawały o blondynkach).
O Mai napiszę wieczorem, a teraz podzielę się z Wami emocjami po moim pierwszym półmaratonie.
Było naprawdę cudownie!!!! A przy tym wesoło już od momentu odbierania pakietów startowych.
Będąc na Stadionie Narodowym  z Olą(koleżanką, która zrezygnowała z bicia swoich rekordów czasowych, aby mi towarzyszyć w moim pierwszym poważnym starcie-OLA, jesteś wielka!!!), postanowiłam zrobić sobie test sprawnościowy, który wypadł nawet nieźle, co podbudowało mnie na duchu, że jutro dam radę, skoro moje mięśnie mają się lepiej niż myślałam :)
Jeszcze tylko sweet focia przed Stadionem Narodowym, na którym nigdy dotąd nie byłam i już za chwilę jechałyśmy do domu Oli. Byłam ciekawa spotkania z Jej Rodzinką, z którą widziałam się tylko raz w ostatnie wakacje. Pyszny obiad i próba wyciągnięcia Tymka na spacer do lasu. I tu zaczynają się śmieszne rzeczy.
Dzieciaki niezbyt chętne do wyjścia na spacer, choć pogoda cudna, więc przekonuję 10-latka z Zespołem Aspergera:
- Tymek, chodź pokażesz mi  wasz las, bardzo bym go chciała zobaczyć i Wisłę, a jak przyjedziesz do Olsztyna to też pójdziemy na fajną wycieczkę do lasu i mamy tam fajne jeziora, w których można się kapać- zachęcam.
Musielibyście zobaczyć moją minę, kiedy usłyszałam:
- Nie ufam obcym ludziom, którzy chcą mnie zaprowadzić do lasu- Tymek najspokojniej w świecie odpowiedział, czym zaskoczył mnie i zachwycił jednocześnie.
Maja  dla porównania z chęcią poszłaby na spacerek do lasu raczej z każdym, chyba że akuratnie nie miałaby nastroju na to- co prawdę mówiąc przeraża mnie. Ta Jej ufność w dobre intencje innych ludzi może być niestety zgubna. Póki co ja jestem zawsze obok i ciągle staram się tłumaczyć w przystępny sposób co można , a czego nie. 
- Dobrze, ze nie nazwał Cię zboczeńcem, bo tylko zboczeńcy zapraszają obce dzieci do lasu:)- wyjaśniła Ola, a ja w duchu pogratulowałam sobie schludnego ubrania bez moich ulubionych dekoltów :)
Wspólny spacer( Mila I Tymek dali się jednak namówić, by wyjść z nami i psem) rozleniwił nas i trochę zmęczył, kiedy więc po kolacji przyszło do przygotowywania ubrań, plecaków i tego co zabieramy na bieg, byłyśmy już z Olą porządnie zmęczone i mało kontaktowe.
Jakoś tak dziwnie mam czasem, że  w sytuacjach stresowych dostaję głupawki, albo wpadam na dziwne pomysły, takie jak ten, by oprócz uprasowanej chusteczki na głowę( no przecież muszę ślicznie wyglądać i czuć się), zażyczyłam sobie uprasowania mojego numeru startowego, który wydał mi się nie dość idealny(jakby w ogóle ktoś miał na to zwrócić uwagę.....:). Ola za moment podała mi pięknie odprasowaną chusteczkę i za chwilę, już bez uśmiechu na twarzy, to co z mojego numeru zostało...
Biedna Ola strasznie się tym przejęła, a ja najzwyczajniej w świecie skwitowałam:
-  Ot i blondynka na starcie....
Całe szczęście, że chip, który monitoruje czas biegu, nie był tym razem w numerze startowym, lecz wiązany do buta, bo byłoby po zawodach......Znam osoby, które przejęłyby się takim stanem rzeczy i nie pobiegłyby, biorąc to za zły omen, za symbol spalonego biegu, ale nie ja, o nie.
Za bardzo chciałam pobiec i mocno doceniałam towarzystwo Oli, która zresztą zachowała zimną krew i od razu miała pomysł na zrobienie mi nowego numeru, w czym pomógł też mąż Oli- dzięki Krystian :)
 Grzecznie położyłyśmy się spać ok 22-ej, pamiętając o jutrzejszej zmianie czasu.
Rano śniadanie zapewniające odpowiednią dawkę energii na bieg i droga na Stadion Narodowy, a tu tłumy biegaczy z różnymi kolorami skóry, mówiący w przeróżnych językach, młodsi, starsi, dzieci, osoby na wózkach- NO CZAD!!!!!!!!!!!!!!!
Pogoda cudowna, słoneczko przygrzewa (co dawało się już trochę we znaki na 16 km. Ale wcześniej odwiedzenie toalet i marsz na metę, gdzie ustawić miałyśmy się w odpowiedniej strefie czasowej.
Analizując swoje wcześniejsze dłuższe wybiegania, oceniłam , że te 21, 97 km zrobię w czasie 2:20 min do 2:49 min .Tak też początkowo stanęłyśmy.
 Popatrzyłyśmy po sobie i stwierdziłyśmy, że raczej damy radę szybciej, więc do przodu na 2:10.
I to była bardzo dobra decyzja, bo w efekcie biegłyśmy i tak dużo przed tymi balonikami, ale najpierw start :), a na nim kilka smsów ze słowami wsparcia od Przyjaciółek i oczekiwanie na drugi strzał- po pierwszym ruszyli najszybsi, zwani przeze mnie "czerwonymi".Za nimi stali "żółci" i "zieloni", czekając na drugi strzał sygnalizujący nasz start.
Pierwsze 10 km biegłam w bezpiecznym dla mnie zakresie tętna, pilnując oddechu i tego jak stawiam stopy, oraz pracy rąk.Wydawało mi się, że biegniemy dosyć wolno, jednak Ola widząc to z boku i mając większe doświadczenie stwierdziła, że w tłumie biegnie się szybciej, adrenalina tak działa, że nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że już na starcie możemy się spalić. Nie podziałała na nas motywująco informacja, że pierwszy zawodnik właśnie ukończył bieg...
- O rany, a my dopiero w połowie jesteśmy Ola- jęknęłam z podziwem i rezygnacją trochę.
- Nie martw się, to Kenijczycy, oni mają inną wydolność płuc, meeega długie nogi, dobrze biegniemy, jestem z Ciebie dumna!- uspakajała Ola.
Myśląc o swoim starcie wcześniej, po przeczytaniu kilku książek  o maratonach i na forach biegowych, zakładałam biec początkowo bardzo wolno, traktując pierwsze kilometry jak rozgrzewkę( której nie lubię robić przed bieganiem, bo wydaje mi się, że mnie zmęczy).
 Kiedy biegam zupełnie się wyłączam, koncentruję się tylko na technice biegu, tętnie, oddechu, kiedy więc Ola w ramach połączenia biegu ze zwiedzaniem Warszawy zadała mi pytanie, czy wiem co za pomnik właśnie mijamy po lewej stronie, wypaliłam:-Warszawska Syrenka:)
Biegłam w okularach, zamyślona, zupełnie nie zwracając uwagi na to co po bokach się dzieje i ową "syrenkę" dostrzegłam w ostatniej chwili :) Oczywiście, kiedy tylko usłyszałam samą siebie, od razu wiedziałam że to Nike, ale słowa już wyszły z mojej buzi, więc pozostało znów Blondynki pogrążyć...
Biegniemy dalej, zmęczenie trochę już daje się we znaki, gdy  nagle słychać dźwięki orkiestry przed jakimś budynkiem po prawej stronie. 
Rzuciłam kątem oka na muzyków i tylko na nich, bo przecież wszystko inne nie jest istotne dla mnie -tylko bieg. Ale nie dla Oli, która zapewne myślała, że odwracanie mojej uwagi od biegu pomoże mi i miała rację, bo śmiałam się sama z siebie, kiedy Pałac Prezydencki był dla mnie Muzeum Narodowym, które zresztą mijałyśmy wcześniej....
Pałac Prezydencki
Muzeum Narodowe
Całą drogę śmiałam się sama z siebie z tych gaf i już wyobrażałam sobie miny moich Rodziców, gdy się o tym dowiedzą....
- Matko, mam nadzieję, że nie będziesz się tym chwaliła, kobieta po studiach wyższych, a nie wie takich podstawowych rzecz.... - powiedziałaby Mama.
No cóż, widocznie mamy zupełnie inne postrzeganie dotyczące podstawowych rzeczy i tego co powinnam wiedzieć czy umieć..
.Mnie natomiast rozśmieszyły rady Rodziców przed moim wyjazdem do Warszawy.
- Tylko w sobotę przed biegiem nie przestawiaj żadnych mebli, ani nie schylaj się, musisz być wypoczęta przed startem.- doradzała Mama.
- I pamiętaj, jak już nie będziesz mogła biec, to zatrzymaj się - troskliwie dodawał Tata .
- No raczej......- pomyślałam, oczyma wyobraźni widząc minę Oli, kiedy zabieram się za przestawianie mebli w Jej domu, albo siebie, kiedy nie daję rady już biec i czołgam się do mety.....:)
W czasie biegu dwukrotnie korzystamy z wody podawanej na trasie, bananów nie zdążyłam zauważyć, jak to ja...:)
- Monia, ja muszę do toalety, a Ty?- pyta już na ostatnich kilometrach Ola.
-Kurde, no przydałoby się- myślę sobie-ale to zabierze mi czas. Co robić?
- Monia, ale ty biegnij jak nie musisz- Ola instruuje,a ja już wiem, że muszę-teraz, natychmiast....
Trudno, stracę kilka minut, ale przecież nie zsikam się w majtki, a tym bardziej nie chcę biec bez Oli, a dodatkowo wiem, że z pełnym pęcherzem nie dam rady przyspieszyć na końcówce....Na szczęście dwie toalety były wolne, zupełnie jakby czekały na nas :).
To, jak różne rzeczy różnie działają na poszczególne osoby, to już w ogóle inna sprawa... Na ostatnim kilometrze zaskoczyłam samą siebie. Gdy z daleka zobaczyłam Stadion, spodziewałam się, że meta jest już tuż, tuż. Tym bardziej że mój pulsometr zaczął nagle pokazywać niebezpieczne tętno185...
Ola widząc widocznie więcej niż chciałąm pokazać,próbowała wzmacniać mnie
-Monika, zobacz tam po prawej już jest meta, jeszcze tylko 800 m"
 Podziałało to na mnie inaczej niż zakładała Ola. Nagle poczułam, że zwalniam, że nie dam rady przyspieszyć, że przy  pobliskiej karetce pogotowia nogi odmówią mi posłuszeństwa... 
I nagle okazało się, że mijam karetkę i nadal biegnę, ale już z głową odwróconą w przeciwną stronę do mety- nie chcę widzieć ile mam jeszcze do przebiegnięcia..
- Monika, jeszcze tylko 500 m, damy radę- dopinguje Ola, po czym proszę Ją żeby już nic do mnie nie mówiła...
Umówiłyśmy się, że na metę wbiegniemy razem, trzymając się za ręce i nagle na ostatniej długiej prostej, kiedy widzę zegar odmierzający każdą sekundę dostaję takiego powera, ze do tej pory nie wiem jakim cudem nagle w człowieku zbiera się tyle siły, by dać czadu, by być o te kilka sekund lepszym..
OLA, zawsze będę pamiętała Nasz bieg, Twoje wsparcie i poczucie bezpieczeństwa, bo na każdym etapie poczynając od odbioru pakietów startowych, kończąc na odprowadzeniu na kolejkę przed moim wyjazdem ze stolicy, miałam CIEBIE :)
Kiedy jeszcze pół roku wcześniej ktoś powiedziałby mi, że pobiegnę w półmaratonie, popukałabym się w głowę. 
Bieganie tak dla siebie i owszem, myślałam- ale po od razu się z kimś ścigać, płacić jeszcze za to....
Teraz już wiem, że połknęłam bakcyla i szukam już kolejnych biegów, a we wrześniu może nawet pokuszę się o maraton, czyli 42,195 km....Wcześniej Biegnij Warszawo, potem Bieg Niepodległości....CUDNIE!!!!

A jutro DZIEŃ ŚWIADOMOŚCI AUTYZMU:) Przybywajcie tłumnie z dzieciakami, przyjaciółmi, znajomymi mniej lub bardziej.  Zaproście waszych terapeutów, nauczycieli, lekarzy i wszystkich, których nie powinno zabraknąć w ten dzień. Jedyny taki. Niebieski i roztańczony.
Niech świat przeciera oczy ze zdumienia widząc naszą siłę:)
Autyzm to nie koniec świata!
2 kwietnia, godz. 20.
Warszawa, plac Defilad ...
Łódź, plac Dąbrowskiego
Olsztyn, Stare Miasto
Poznań, plac Wolności

Gliwice, Plac Krakowski

5 komentarzy: